sobota, maja 30, 2015

Prolog

Przemycenie młodych żmijów do księstw Rakuczy stanowiło prawdziwe wyzwanie, nawet dla zawodowca. Janowi Żurańskiemu już nieraz przewijały się przez ręce mistyki, jak w żargonie zwano bestie magiczne, ale takich problemów jak z tymi smoczkami nie uświadczył nigdy wcześniej.
I miał nadzieję, że później nie będzie musiał. Bo o ile przygotował się na to, że opieka nad niewyrośniętymi jeszcze stworami może przysporzyć kłopotu, o tyle oczekiwał, że pewien skorumpowany druid, od którego je wykupił, powie coś więcej. Nic z tego. Dopiero w drodze okazało się, że żmije ledwo znosiły letnie temperatury. Gdy przemytnik próbował jechać pół dnia z do połowy obsuniętą skrzynią, jak zwykle postępował z wężami, to gady prawie pozdychały na miejscu. Dlatego też rytm podróży Żurańskiego na drodze zaczęło wyznaczać niańczenie węży.
Najpierw było karmienie myszami w sokolniczych rękawicach; potem bestyjki powinny się wygrzewać przez jakąś godzinę. Dalej należało nalać wody do misy o wysokich brzegach, żeby mogły się według uznania pluskać, po czym zamknąć skrzynię. Zrobiwszy to, Żurański szedł do pobliskiej wsi, by spytać się o kurze jaja i drobne gryzonie, a przy okazji o strawę dla siebie. Wróciwszy do wozu, kontrolował, jak się miały gady, po czym jechał dalej. Parę godzin później karmił je znowu.
Ten rytuał powtarzał dwa razy dziennie, za każdym razem przypinając i odpinając liczne skórzane rzemienie raczej płytkiej, ale długiej i szerokiej skrzyni. To chyba męczyło przemytnika najbardziej, ale wiedział, że nie wolno mu pominąć tego ruchu: bez niego żmijowe skrzydełka, aksamitne i nieproporcjonalnie wręcz duże, mogły połamać się na wybojach. Coś podobnego było niedopuszczalne. Wszak nie po to Żurański wiózł rzadkie mistyki z głębi swojego kraju na obchody Zesłania Anielich w Risson, aby oddawać w cudze ręce nielotne bestyjki.
Inna rzecz, że te cztery żmije nie osiągnęły jeszcze takiego wieku, żeby latać – ale na nogach dawały sobie radę aż za dobrze. Przemytnik niezbyt dobrze wspominał początek tej znajomości, spędzony głównie na szukaniu stworzeń po okolicznych krzakach i na leczeniu się z ran od ich szponów – potem coś w tej relacji się poprawiło. Gady, długie jak ramię dorosłego chłopa, o wielkich skrzydłach, zębach jak rzędy igieł, a kolorem przypominające padalce, przestały gryźć i przemytnika, i siebie nawzajem nawzajem; trzeciego dnia nawet nie wyrywały się mu z rąk. I, co chyba najdziwniejsze, jeden ze stworów, czarny z niebieskawymi plamami, osobliwie obdarzył mężczyznę sympatią.
Tuż za granicą z Rakuczami, kiedy to szczęśliwie udało się wyminąć kontrolę celną, Żurański oddał żmije w cudze ręce. Wtedy to odbierający je Rakuczanin, Jaques Labelle, sprawdzał stan mistyków – a czarny czmychnął, jak jaszczurka wyślizgnął się im z rąk. O jakimkolwiek świetle mowy być nie mogło, jako że trwała noc i padał rzęsisty deszcz, szukali więc zupełnie po omacku. Bez skutku. Uciekinier jakby się rozpłynął.
Po godzinie czy dwóch Labelle stwierdził, że czas go naglił, więc najwyżej obejdzie się bez czwartej sztuki. Zapłacił Żurańskiemu umówioną zawczasu kwotę i rychło odjechał – zaś czarny stwór znalazł się dopiero dzień później, między wiezionymi worami z mąką, i ani myślał znikać. Choć przemytnik starał się najpierw go przegnać, odpychać, a potem ignorować – nic to nie dało. Żeby bestyjka znikła, musiałby ją chyba zabić, bo wyraźnie uparła się, by stale mieszkać na wozie.
I Żurański nie wiedział, że przez to przywiązanie mistyk ocalił swoje życie. Bo żmije nie były wiezione na festyn, by zostać sprzedanymi. Jechały, by Labelle mógł przez resztę podróży je głodzić i się z nimi drażnić. Takie dostał wytyczne od swojego pana, pewnego wpływowego pułkownika, którego syn natomiast zobowiązał się nadpiłować pustą jeszcze, drewnianą klatkę – w niej miały znaleźć się bestie wystawione na sprzedaż. Ale ani on, ani podwładny jego ojca, ani nawet Żurański nie wiedzieli, czemu miało to wszystko służyć. Zrozumieli dopiero po tym, gdy to się stało.
Trzy żmije pojechały zabijać cywili.